Tomek Surdel

tomeksurdel2
Listopad 22nd, 2014
|

Tomasz Surdel – z zawodu dziennikarz i fotograf, od 2008 roku na stałe mieszka w Ameryce Południowej, korespondent Gazety Wyborczej, National Geographic i portalu tierralatina.pl, fotograf Associated Press, usłyszeć go można w programach Polskiego Radia. Działa również jako przewodnik, organizator wypraw i tłumacz, a nawet poszukiwacz zaginionych turystów. Z zamiłowania przede wszystkim podróżnik i kolekcjoner niebezpiecznych przygód.

Mieliśmy okazję spędzić w jego towarzystwie kilka dni, i choć barwnych opowieści starczyłoby pewnie na długie godziny, chętnie przystał na propozycję krótkiej rozmowy o życiu na kontynencie południowoamerykańskim.

Dlaczego porzuciłeś Europę i przeniosłeś się do Ameryki Południowej?

Ojej, takie pytanie filozoficzne… Powiem banalnie: bo mi się tu bardziej podoba (śmiech). Nie do końca to rozumiem, ale czuję się tu bardziej u siebie niż w Europie. Ludzie podchodzą tu z większym relaksem do życia. Fascynuje mnie wielka różnorodność tego kontynentu, widoczna nawet w obrębie poszczególnych krajów. Dotyczy to zarówno przyrody, jak i różnic kulturowo-społecznych.

Wcześniej mieszkałeś 12 lat w Szwajcarii, starałeś się nawet o szwajcarskie obywatelstwo. Co sprowokowało Cię do ucieczki?

Porządek (śmiech). Za duży porządek i przewidywalność.

Tu z kolei nie panuje zbyt wielki chaos?

Faktycznie czasem mi to przeszkadza, ale z dwojga złego, na tym etapie życia, wolę chaos. Może na starość wybiorę porządek.

Czegoś ci brakuje?

Niewielu rzeczy… Najbardziej znajomych i rodziny. Kulinarnie – śledzi, których nie da się tu zdobyć.

Są jeszcze kraje w Ameryce Południowej, których nie odwiedziłeś?

Nie, odwiedziłem wszystkie. Na dłużej mieszkałem w Santiago de Chile, Buenos Aires, Caracas i w Limie.

Które z tych miast podoba ci się najbardziej?

Santiago de Chile. Nie jest to miasto, które turystycznie rzuca na kolana, ale daje duże możliwości. Zimą w 40 minut można dostać się do wyciągów narciarskich, natomiast od morza dzieli je zaledwie 150 km. Buenos Aires jest ciekawe kulturowo i bogate architektonicznie – Europejczycy je kochają – ale ciężko jest wyrwać się z tego miasta.

Czy utrzymujesz bliższe kontakty z miejscowymi? Łatwo jest nawiązać przyjaźnie?

Oczywiście mam wielu tutejszych znajomych. Trudno jest natomiast nawiązać bliższe relacje z Indianami, chociaż i to jest możliwe, mam dobrego kumpla Indianina w Peru.

W miastach ludność jest na tyle wymieszana, że mało kto daje ci odczuć, że jesteś cudzoziemcem. Są kraje, w których większość mieszkańców jest indígena – pochodzenia indiańskiego – jak Peru, Boliwia czy Ekwador, ale są też państwa, które zostały zbudowane na potężnej emigracji, takie jak Chile, Argentyna i Wenezuela. W tym ostatnim na przykład trudno powiedzieć, kto jest „prawdziwym” Wenezuelczykiem, każdy ma dziadka Portugalczyka, babcię Włoszkę, wujka Hiszpana czy Niemca. Jeśli potrafisz dogadać się po hiszpańsku, to jesteś jednym z nich.

Czy obserwując kraje Ameryki Południowej od wewnątrz, zauważyłeś jakieś zjawiska społeczne, z których Europejczycy mogliby się czegoś nauczyć?

Zjawisk społecznych niewystępujących w Europie jest bardzo dużo, natomiast nie wszystkie dają się przenieść na grunt europejski. Jednym z najciekawszych procesów jest to, że wiele państw stara się odzyskiwać swoją utraconą tożsamość. Niektóre były wykorzystywane i całkowicie skolonizowane przez różne międzynarodowe koncerny, choćby Boliwia, która odzyskuje teraz swoją boliwijskość. Indianie, którzy jeszcze kilkanaście lat temu byli tam obywatelami drugiej albo nawet trzeciej kategorii, teraz są siłą wiodącą kraju.

Czasami efekty tych procesów są bardzo dobre, czasami gdzieś się gubią, jak na przykładzie Wenezueli. Tam rewolucja zakończyła się bez pozytywnych skutków, kraj pogrążony jest obecnie w głębokim kryzysie gospodarczym. Natomiast Boliwia czy Ekwador bardzo wyraźnie się rozwijają.

Jeśli chciałbyś zachęcić kogoś do przyjazdu do Ameryki Południowej, na co zwróciłbyś największą uwagę?

Zdaję sobie sprawę, że jeśli chodzi o mieszkanie tu, to nie jest to miejsce dla wszystkich. Nie każdy lubi przerośniętą biurokrację, która panuje w większości krajów. Niektórym ciężko znieść różne nieprzyjemne insekty, jak pająki, komary czy karaluchy, z którymi nie da się wygrać wojny. Pojawiają się też trzęsienia ziemi, przede wszystkim w Chile.

Jednak turystycznie każdy jest w stanie znaleźć coś dla siebie. Można tu odnaleźć niesamowicie pociągającą różnorodność. Ten kontynent ma wszystko: od pustyń, przez wspaniałe góry, po piękne plaże i lasy tropikalne.

tomeksurdel

Leave a comment: