Nicolas Ibaceta / Ciudad Abierta (Ritoque)

R1022238b
Maj 10th, 2015
|

Nieopodal miasta Valparaíso, począwszy od linii torów kolejowych, biegnących wzdłuż plaży, po szczyt wzniesienia pokrytego dziką roślinnością wydmową rozpościera się piaszczysty teren z pięknym widokiem na ocean. Gdzieniegdzie wynurzają się z niego zaskakujące kształty niewielkich budynków. Teren otoczony jest ogrodzeniem, ale brama zawsze jest otwarta. Prowadzi do Miasta Otwartego – Ciudad Abierta.

W 1965 roku artyści, poeci i architekci związani z Uniwersytetem Katolickim w Valparaíso wyruszyli w podróż z Ziemi Ognistej do Santa Cruz de la Sierra w Boliwii, miasta uchodzącego za południowoamerykańską stolicę poezji. Owocem ich wyjazdu był poemat „Amereida” (symboliczne zestawienie Eneidy Wergiliusza, rzymskiego poematu epickiego opisującego dzieje legendarnego protoplasty Rzymian Eneasza – z Ameryką) oraz założenie eksperymentalnej kooperatywy architektonicznej pod tą samą nazwą. Ciudad Abierta jest dla niej niezbędną przestrzenią-laboratorium.

Trochę wolnego, popołudniowego czasu poświęcił nam jeden z najmłodszych mieszkańców – Nicolas Ibaceta. Ma 28 lat i od 4 lat jest członkiem CCA (Stowarzyszenie Kulturalne Amereida).

GENEZA I TOŻSAMOŚĆ

Na początek pytanie o genezę wspólnoty, w której mieszkasz – czym jest Amereida?

Amereida jest dokumentem historycznym, który spisali profesorowie i studenci Uniwersytetu Katolickiego w Valapraíso prawie 50 lat temu, i który dotyczy kierunków rozwoju Ameryki Południowej. Ma związek z Eneidą Wergiliusza i zarazem z mitologiczną historią powstania świata. Może mamy w Ameryce Południowej postęp technologiczny i różnego typu wpływy z zewnątrz, ale mamy też, mimo wszystko, odmienną od europejskiej czy północnoamerykańskiej tożsamość.

Ciekawe, jak wyglądałaby architektura tego kontynentu, gdyby nie został podbity przez Europejczyków.

To jest pytanie, które zadawali sobie również założyciele Amereidy – co jest esencją Ameryki Południowej? Choć byli otoczeni koloniami angielskimi, włoskimi, niemieckimi i rozpoznawali architekturę tych krajów, wciąż pytali się, jacy byli mieszkańcy kontynentu południowoamerykańskiego przed falą emigrantów z Europy, w jaki sposób rdzenny Chilijczyk budował swój dom?

Obecnie jako studenci architektury analizujemy przykłady architektury ze świata, ale poszukujemy też naszego własnego języka architektury ze świadomością, że Ameryka Łacińska u swych początków była inna od reszty kultur. Studia na Uniwersytecie w Valparaiso skupiają się w dużej mierze na lokalności.

Czy udało się odnaleźć południowoamerykańską tożsamość w architekturze, jej charakterystyczne elementy?

Myślę, że takich elementów znaleziono niewiele. Nie rozwinęliśmy stylu, który można by rozpoznać podczas spaceru po mieście (śmiech). Ameryka jest bardzo młoda, gdy przybyli tu statkami Hiszpanie, byliśmy Indianami. Od tamtego czasu minęło ponad 500 lat rozwoju w różnych dziedzinach. Chile jako niezależny kraj powstało niecałe 200 lat temu. W związku z tym my – Chilijczycy – jesteśmy ludźmi, którzy zamieszkują pewien wspólny teren, ale nie mamy długiej tradycji, co widać również w architekturze. To, co robimy w Mieście Otwartym to wciąż eksperymenty, aby odnaleźć i poczuć „to, co nasze”.

Inaczej wygląda sprawa pośród rdzennej ludności pochodzenia indiańskiego. Oni mają swoje jasno określone tradycje, swoje domy budują według określonych zasad. Uważam, że są przez to o wiele bardziej autentyczni od Chilijczyków pochodzenia europejskiego lub metysów.

U podstaw narodzin miasta leży fuzja architektury z poezją.

Tak, właśnie z tego połączenia rodzi się wiele instalacji, budowli i wydarzeń Amereidy. Amereida jest również wizją nowego sposobu postrzegania i rozumienia, opierającą się na tym, co najlepsze w istocie ludzkiej, której celem jest wydobycie sztuki ze wszystkich możliwych dziedzin, aby w ten sposób mogły osiągnąć swą pełnię.

Środy to wyjątkowe dni w Ciudad Abierta, co się wtedy dzieje?

To dzień tygodnia, kiedy Wydział Architektury i Projektowania przeprowadza się na teren Miasta Otwartego. Poranek zaczyna się od tego, że studenci i profesorowie słuchają zaproszonego poety, który czyta wiersz lub fragment Amereidy lub dzieli się swoimi przemyśleniami. Później uczniowie udają się na zajęcia z kultury ciała, czyli sportu. Jest mnóstwo możliwości: żonglerka, taniec, rugby, piłka nożna, atletyka, joga, wioślarstwo… W tym czasie profesorowie uczestniczą w zebraniu. Następnie wszyscy spotykają się na tzw. warsztacie Amereidy. Przemawiają na nich, na temat związany z Ameryką i jej kulturą, zarówno zaproszeni poeci jak i profesorowi. Po zajęciach przychodzi reszta członków stowarzyszenia, którzy nie pracują jako nauczyciele, z dziećmi, rodzinami i wszyscy siadają do wspólnego posiłku, który za każdym razem przygotowuje inna osoba.

WSPÓLNOTA

Jak się czujesz, żyjąc w Mieście Otwartym? Czy możesz to porównać z „normalnym” życiem?

To też jest normalne życie, tylko trochę dziwniejsze (śmiech). Ale każdy zachowuje tu swoją tożsamość. Fundamentalną kwestią jest poczucie wspólnoty, wszyscy dbamy o nasz wspólny teren. W przeciwieństwie do miasta, gdzie ludzie nie dbają o miejsca wspólne, często nie mają poczucia, że należą również do nich.

Czy istnieje spójna wizja życia we wspólnocie? Jak wygląda społeczna strona Amereidy od strony praktycznej?

Wydaje mi się, że sprawy społeczne regulują się samoistnie. Jeśli jest grupa ludzi, którzy podobnie myślą, dzielą podobne idee, to będą szukać optymalnego systemu zarządzania, w imię tego, by relacja z sąsiadem była jak najlepsza. Są to dla nas bardzo ważne kwestie. W zeszłym roku miałem okazję polecieć do Norwegii i odniosłem wrażenie, że ludzie nie znają tam swoich sąsiadów. W Chile jest inaczej, tu wszyscy się znają. Jeśli kupujesz warzywa w lokalnym sklepie, znasz sprzedawcę i stałych klientów i zawsze zatrzymujesz się chociaż na chwilę, żeby podzielić się czymś ze swojego życia lub wysłuchać opowieści drugiej osoby. To podejście wzmacnia poczucie wspólnoty między nami.

Wszystkie projekty wykonujecie wspólnie?

Zazwyczaj tak. Wiele osób chciałoby tutaj pracować lub wykonać jakąś instalację, ale często proponują gotowe projekty stworzone na drugim końcu świata tylko po to, żeby pojawiły się tutaj, a potem w magazynie z jego nazwiskiem i całym splendorem. W Mieście Otwartym to jednak wspólnota jest autorem wszystkich projektów. Gdy ktoś ma pomysł, dzieli się nim z innymi, zawsze przede wszystkim myśli się o grupie.

Skąd pochodzi nazwa Miasto Otwarte?

Niemiecki poeta z XIX wieki Friedrich Hölderlin mówił o wolnym mieście, w którym na wolność nie patrzy się w mylny sposób jako rozpasanie, tylko funkcjonuje ono jako miasto otwarte. Miasto, które mówi: „Chodź! Otwarte, przyjacielu!”. Miejsce, w którym można coś stworzyć, w którym rodzą się nowe idee, wartościowe rzeczy. Zaproszenie z wiersza naznaczyło fundamenty nowej formy zamieszkiwania, którą tworzymy w Mieście Otwartym.

Czy naprawdę jest to miejsce otwarte dla wszystkich?

Wy przyszliście i siedzicie teraz tutaj rozmawiając ze mną (śmiech).

Tak, i nawet poczęstowałeś nas obiadem…

Cała przyjemność po mojej stronie (śmiech). Ale nie jest to park, do którego można przyjść pograć w piłkę. Zazwyczaj przychodzą tu osoby zainteresowane tematem, ludzie zbliżają się do spraw, które ich poruszają.

Działa zatem jako miejsce prywatne?

Właściwie jest prywatne, choć z profilem kulturalnym i edukacyjnym. Jest otwarte w ramach pewnej selekcji aktywności, które wspieramy i które są zgodne z naszą filozofią. Podam wam za przykład Sergio. Przez wiele lat badał wydmy w rożnych częściach Chile, w pewnym momencie zakochał się w tym miejscu i zapragnął tu zostać. Powiedział, że co prawda nie jest architektem, ale mógłby dać coś od siebie jako biolog. Jego doktorat dotyczył tej okolicy, choć nie w obszarze architektonicznym, a naturalnym. Jesteśmy otwarci na różne pomysły i każdy projekt może być zupełnie inny. Ważne jest to, żeby w tym czasie poznać ludzi ze stowarzyszenia, mieć również swój wkład we wspólnotę.

Jak podejmujecie decyzje związane ze stowarzyszeniem? Czy pojawia się dużo konfliktów? Wiele komun w historii szybko się rozpadło.

Mamy zasadę, że w trakcie głosowania wszyscy muszą być zgodni. Jeden głos przeciwko odrzuca wniosek. Czasem ktoś się ostatecznie zgadza, bo nawet jeśli jest innego zdania, to ufa większości. Ale decyzje muszą być jednomyślne, to demokracja absolutna. Jesteśmy stosunkowo małą wspólnotą, mieszka tu około 100 osób, ale teren jest bardzo rozległy. Łączy nas Uniwersytet i to, że wszyscy pracują w jednym miejscu i prowadzą podobne życie. To wielka zaleta Miasta Otwartego, że jak do tej pory ten projekt sprawdza się w praktyce.

Obecnie w Chile każdy chce posiadać swoje szczelnie zamknięte prywatne terytorium, ogrodzone wysokim płotem. My doceniamy inny sposób myślenia. Nikt nie posiada tu na własność swojego domu, właścicielem całego terenu jest stowarzyszenie. Jeśli wyjeżdżasz na rok za granicę, to po powrocie najprawdopodobniej ktoś inny będzie mieszkał w twoim domu, mimo że dużo włożyłeś w jego usprawnienie.

Myślisz, że idea życia w kooperatywie, w otwartym środowisku, może przekształcić się w atrakcyjną, alternatywną formę społeczną w Chile? Widzieliśmy już kilka tego typu miejsc w Ameryce Południowej, ale wciąż wydają się być postrzegane z zewnątrz jako dość dziwne projekty.

Choć wybraliśmy życie we wspólnocie, to nie wznosimy flagi rewolucji. Ten sposób bycia też narzuca pewne ograniczenia.

Dodatkowo myślę, że nie trzeba wyprowadzać się ze swojego domu, żeby żyć według bliskich nam wartości. Byłoby to życie spokojniejsze, bez pogoni za pieniędzmi, skupione na pracy i badaniach, rozwijaniu idei, z intencją poznawania ludzi, którzy myślą podobnie i organizowania wspólnych akcji.

ARCHITEKTURA

Znasz Oskara Hansena, polskiego architekta? Był wielkim wizjonerem, który głęboko wierzył i promował ideę Formy Otwartej.

Nie znam. Ale wydaje mi się, że wiele osób otarło się o podobne zagadnienia. Myślę, że to są podstawowe tematy Uniwersytetu, wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy związani z otwartą formą życia.

Czym jest dla ciebie architektura?

Definicja, którą przytoczę nie jest moja, ale przemawia do mnie jak własna: „zorientowany obszar, który może przyjmować”. To dość techniczna definicja, ale zgodnie z nią architekturą może być teren, na którym nic nie ma, ale można go jakoś zmodyfikować. To może być głaz na łące, którym można się pobawić. To już jest zdarzenie architektoniczne. Mamy przestrzeń, w której ktoś może usiąść. To jest minimum, ale architekturą jest też złożone dzieło, które wykorzystuje światło, teksturę, przestrzeń…

Doświadczenia z Miasta Otwartego pomagają ci w projektach dla ludzi z zewnątrz?

Tak, są dla mnie bardzo ważne. Wszyscy w CCA staramy się wychodzić z architekturą zgodną z naszymi ideami na zewnątrz. Zmiany przeprowadza się poprzez działania, pracę. Dla mnie bardzo ważna jest wartość, którą można dodać do czyjegoś życia. Do tego potrzebna jest pasja. Jeśli uważasz, że architektura, która się zajmujesz, jest dobra, że na pierwszym planie stawia człowieka, który będzie korzystał z projektowanej przestrzeni jako schronienie czy miejsce inspiracji, możesz dodać wielką wartość jego życiu.

Co dla Ciebie oznacza „otwartość”, jeśli mówimy o domu jednorodzinnym? Twoi klienci podzielają Twoje idee?

Budujesz zawsze dla kogoś, kto potrzebuje domu, więc ma pewne oczekiwania. To jest piękne w zawodzie architekta, że pracujesz na zlecenie, które wypływa z potrzeby człowieka. Może się zdarzyć, że ktoś chce zbudować dom wyjątkowo prywatny i szczelnie ogrodzony od innych zabudowań na osiedlu. Wtedy jako architekt możesz przekazać pewne idee, zasugerować, że warto byłoby zaplanować przestrzeń wspólną, na przykład, że może nie potrzebuje prywatnego basenu, że może lepiej zaprojektować duży, wspólny basen dla całego osiedla. Możesz ostatecznie usłyszeć „nie” i wtedy starasz się zaplanować najlepszy basen dla klienta, mając na względzie całe otoczenie, starając się uratować potencjał jego propozycji. Choć często to, co pokazują klienci jako inspiracje, nie odzwierciedla w rzeczywistości ich potrzeb. Jeśli pokazują ci dom z wieloma balkonami, możliwe, że wcale nie chcą takiego domu, tylko ważna jest dla nich możliwość wychodzenia na dwór i relacja wnętrza z otoczeniem.

Możesz też zrezygnować z podjęcia zlecenia, którego nie chcesz wspierać. Chociaż nie jest to najłatwiejsza droga. Mam kolegów, którzy studiowali razem ze mną, są dobrymi architektami, robią bardzo dużo projektów, mają biura i zarabiają sporo. Ale płacą za to pewną cenę – są bardzo zajęci i w wieku 30 lat już trochę wypaleni.

Ja po skończeniu studiów niespodziewanie szybko dostałem ofertę pracy. Już trzeciego dnia po zakończeniu roku pracowałem w biurze w Viña del Mar. Ale któregoś dnia znów gdy po raz kolejny usiadłem przed komputerem pomyślałem: O, nie! Nie chcę stać się więźniem! Mimo perspektywy dobrych zarobków zrezygnowałem z pracy, bo była dla mnie zbyt monotonna, ale też za szybka i pełna napięcia. Powiedziałem do szefa: dziękuję za tą szansę, ale nie mogę tu pracować. On mi odpowiedział: rozumiem, nie możesz żyć z Bogiem, a pracować z demonem.

Od tej pory to dla mnie niezwykle ważne: pracować zgodnie ze swoimi zasadami.

Odpowiada ci życie w Mieście Otwartym? Lubisz je?

Zdecydowanie, to miejsce jest wspaniałe. Prowadzę tu bardzo proste życie, bardzo skupione na teraźniejszości. Obecnie na przykład poświęcam dużo czasu na konstruowanie drewnianych łodzi. Gdybym miał rodzinę, być może robiłbym coś zupełnie innego. Nie wiem, jak długo będę tu mieszkał, ale wiem, że to doświadczenie, które będzie miało wpływ na całe moje życie.

Dla was na pewno obecna rzeczywistość też jest odmienna od tej, którą macie na co dzień w Polsce. Ale gdy wrócicie, wasze życie zapewne nie będzie już takie samo.

ciudadabiertaritoque001 ciudadabiertaritoque002 ciudadabiertaritoque003 ciudadabiertaritoque004 ciudadabiertaritoque005 ciudadabiertaritoque006 ciudadabiertaritoque008 ciudadabiertaritoque007 ciudadabiertaritoque010  ciudadabiertaritoque013 ciudadabiertaritoque012

ciudadabiertaritoque011

Leave a comment: