Veronica i Roberto

R1022821
Wrzesień 13th, 2015
|

Veronicę i Roberto poznaliśmy łapiąc stopa na kemping na wyspie Chiloé. 15 minut wspólnej jazdy i rozmów wystarczyło, by zaprosili nas do siebie na noc, pozwolili przespać się w przyczepie kempingowej zaparkowanej na działce i ugościli pyszną kolacją ze świeżym łososiem:) Oboje niedawno porzucili swoją pracę i miejskie życie w stolicy, by przeprowadzić się na wyspę i tu rozpocząć nowe życie.

Dlaczego przeprowadziliście się tu z Santiago de Chile?

Roberto: Decyzję podjęliśmy podczas jednej z wypraw na wyspę Chiloé. Wcześniej byliśmy już tu kilka razy, ale wtedy pierwszy raz przyjechaliśmy zimą i zadaliśmy sobie pytanie dlaczego nie przyjechać i żyć właśnie tu? Metropolie stają się coraz trudniejsze do życia. W Santiago mieszka 7 milionów ludzi, żadne miasto z taką populacją nie nadaje się do życia. Duże odległości, stres, poirytowani ludzie… Myślę, że kierowało nami gorące pragnienie życia bliżej natury, ziemi, ludzi, morza…

Veronica: Pamiętam, że zaraz po studiach marzyłam o takim życiu, idealizując je trochę. Czasem jednak nie możesz spełnić pewnych swoich celów w danych momentach życia. Z osobą, z którą wtedy żyłam, było to niemożliwe.

Roberto: Właściwie obydwojgu przydarzyło nam się to samo, z naszymi poprzednimi partnerami żadne z nas nie zdecydowałoby się na życie na prowincji. Ale teraz decyzja pojawiła się dość łatwo, miała lekko instynktowny charakter, jako że nigdy nie przestaliśmy o tym marzyć. Na szczęście nie było tak trudno ze względu na nasze zawody, Veronica jest nauczycielką, a ja lekarzem, wszędzie nas potrzebują (śmiech).

Veronica: Choć wielu ludziom nie odpowiada życie w mieście, wiele osób powiedziało nam, że jesteśmy co najmniej odważni albo szaleni (śmiech). Pytają jak można w wieku 50 lat zostawić stabilną pracę, gdy jest się szefem projektu i przeprowadzić się na wieś… Mój szef spytał się mnie, jak mogę wybierać się w miejsce, gdzie tyle pada. Powiedział: „słuchaj, wyjedź na rok, zobaczysz, jak to jest, a ja zachowam dla ciebie miejsce pracy do czasu, gdy wrócisz”. Jednak akceptacja takiego warunku od początku narzuciłaby myśl, że wrócę przegrana.

Roberto: Ja zostawiłem klinikę uniwersytecką w Santiago, do której bardzo ciężko zostać przyjętym, ale chciałem w końcu pozwolić sobie na zabawę..! (śmiech) Prawdą jest, że wiele osób chciałoby zrobić coś takiego lub czeka do emerytury, ale my nie chcieliśmy wyprowadzać się jako staruszkowie, aby móc jeszcze działać. Może będzie odwrotnie, może w wieku 80 lat wrócimy do Santiago ze względu na zdrowie! (śmiech) Teraz wciąż mamy siłę, ochotę, energię…

Veronica: …i miłość!

Roberto: Dokładnie tak!

Jaka jest wyspa Chiloé? Czy ludzie tutaj są inni niż w innych rejonach?

Roberto: Wybór nie był przypadkowy… od dawna jestem zakochany w tej wyspie. Uwielbiam to, że znaleźć tu można mieszankę kultury, cywilizacji z wszechobecnymi lasami. Chociaż ludzie tutaj nie są wyjątkowo otwarci….

Veronica: Mnie nazywają „doña”! Jak w starych filmach! Nasi sąsiedzi nie dają nam poczuć się tak samo jak tubylcy, choć goszczą nas bardzo dobrze, podają różne rzeczy…

Roberto: Choć to należy łączyć też z naszymi zawodami, to kwestia autorytetu.

Veronica: Ale ludzie stąd posiadają coś bardzo pięknego, a mianowicie kulturę współpracy. Pomagają sobie wzajemnie i pielęgnują zwyczaj wspólnej pracy – las mingas. Na przykład przychodzi czas sadzenia ziemniaków i nagle wszyscy sąsiedzi spotykają się w jednym domu! To samo dzieje się przy zbiorach, na przykład jabłek, z których robimy chichę (napój alkoholowy znany już od czasu Inków – red.). Wszyscy sobie pomagamy i zmieniamy się w pracy. Osoba, która prosi o pomoc, zapewnia posiłek i w ten sposób rodzi się rodzaj celebracji. Mimo że mieszkasz daleko od sąsiadów, 100 czy 150 metrów od najbliższego domu, kontakt i współpraca są bardzo silne.

Roberto: Czasem płaci się też produktami, jak np. marmoladą z jeżyny, kurą czy jajkami… Działa piękna wzajemność, kultura wymiany.
Z drugiej strony ludzie przybywający z zewnątrz zazwyczaj nie podejmują żadnego wysiłku, aby zbliżyć się do tubylców. Ze względu na pewną przewagę ekonomiczną i kulturową, jaką mają ludzie z miasta, zaczynają tworzyć elitę i ludzie z Chiloé zamykają się.

Do nas na wyspie ludzie zagadują na ulicy, szczególnie włóczędzy.

Veronica: (śmiech) Jest tu kilku pijaczków, którzy kręcą się po ulicach. Ale czujemy się tu bardzo bezpiecznie, na Chiloé jest bardzo niska przestępczość. Ja wszędzie zostawiam swój samochód otwarty, często także dom. Choć przyjechaliśmy z innymi przyzwyczajeniami, z alarmami i blokadami na kierownicę…

Roberto: Mnie osobiście ukradziono samochód w Santiago, gdy na niego patrzyłem! Pracowałem w przychodni na górze, a ponieważ niedawno kupiłem nowy samochód zerkałem na niego przez okno. W pewnym momencie zacząłem badać dziecko, po chwili znów spojrzałem, a tam nie ma samochodu! Naprawdę imponujące! (śmiech). Ostatecznie policji udało się odnaleźć samochód jeszcze tego samego dnia. Na szczęście Chile nie można porównywać do wielu krajów latynoskich, takich jak Wenezuela, Honduras, Kolumbia, czy nawet Argentyna, w której zrobiło się ostatnio bardzo niebezpiecznie.

Z naszego doświadczenia możemy powiedzieć, że ludzie w Ameryce Południowej wydają się być bardzo mili. Nie mamy problemu z poruszaniem się autostopem, spotykamy wielu bardzo życzliwych ludzi, takich jak wy – po krótkiej rozmowie podczas podróży waszym samochodem zaprosiliście nas do siebie na noc.

Veronica: Bardzo lubimy przyjmować tu gości, planujemy nawet otworzyć kiedyś agroturystykę na naszej działce. Wydaje mi się, że ludzie są wszędzie podobni, zależy jednak w jaki sposób uda ci się ich poznać.

Czy wciąż istnieje ludność indiańska na Chiloé?

Roberto: Oczywiście, wszyscy moi sąsiedzi mają nazwiska indiańskie. Tylko trzeba zrozumieć rzeczywistość chilijską, która jest inna od tej z Boliwii czy Peru. W Chile właściwie nie ma czystych Indian ani czystych Hiszpanów, wszyscy jesteśmy metysami. Dzieci Hiszpanów i kobiet indiańskich według prawa otrzymywały nazwiska po ojcu, w Chile jest więc zdecydowanie więcej nazwisk hiszpańskich, mimo że 80% obywateli ma krew indiańską. Mój sąsiad Renato ma pierwsze nazwisko hiszpańskie, natomiast drugie indiańskie. Połowa twoich uczniów też posiada indiańskie nazwiska, prawda?
Tak, istnieje społeczność indiańska, ale to nic innego niż Chilijczycy. Konflikt w Araucanii, który jakiś czas temu wybuchł między Indianami a Chilijczykami według mnie jest trochę sztuczny. W tym sensie, że jest bardziej walką o terytorium powodowaną pobudkami ekonomicznymi niż walką o tożsamość czy kulturę.

Choć to prawda, że dużo z kultury Mapuche czy Huilliche, która pochodzi z tego regionu, zaginęło, choć pozostały pewne elementy, choćby  w lokalnej medycynie. Czerpie się sporo z nauk curanderos (uzdrowicieli), używa się wielu ziół. W szpitalu w Castro pracuje szamanka z plemienia Mapuczów, która leczy głównie ziołami i prowadzi ceremonie. W szpitalu każdy ma do dyspozycji wybór czy leczyć się konwencjonalnie czy według tradycji indiańskiej. Jeszcze niedawno istniała tam również możliwość poddania się japońskiej terapii reiki. Medycyna Mapuczów wprowadzana jest do medycyny w wielu miejscach w Chile, nie tylko u nas na wyspie.

Ty jako lekarz korzystasz z zasad medycyny tradycyjnej?

Roberto: Tak, używam niektórych ziół. Na przykład wprowadziłem do swojej praktyki koper przeciwko kolce. To jest roślina, która rośnie w tej okolicy, a w Santiago używałem środków chemicznych.
W Europie jeszcze nie tak dawno mieliśmy czas, kiedy lekarze przepisywali na każdy problem ze zdrowiem antybiotyk.
Myślę, że to zjawisko wystąpiło na skalę światową. Dla mnie antybiotyk jest jednym z najważniejszych wynalazków XX wieku. To dzięki nim spadła znacząco śmiertelność, która w Chile w pewnym momencie wynosiła 70 dzieci na 100 urodzonych, a obecnie ten wskaźnik wynosi 6-7 dzieci. Oczywiście wiele czynników miało na to wpływ, ale antybiotyki odegrały tu zasadniczą rolę. Problemem jest nadużywanie antybiotyków i przepisywanie ich, gdy nie są potrzebne. Wydaje mi się jednak, że obecnie świadomość w tej kwestii rośnie.

Czy w Chile, jak w Peru czy Boliwii również wierzy się w Pachamamę?

Roberto: Nie, jedynie w niewielu grupach Aymara na północy kraju. Grupy Mapuczów próbowały powrócić do tej tradycji, ale nie udało się to, gdyż większość z nich chodzi do kościoła, są katolikami lub ewangelikami. Choć często łączą swoje rdzenne wierzenia z religijnymi, synkretyzm jest bardzo widoczny.

Czy pamiętacie czas dyktatury w Chile? Byliście wtedy jeszcze dziećmi.

Roberto: Jak doszło do zamachu stanu w 1973 roku ja miałem 11 lat…

Veronica: …a ja 8.

Roberto: Ja pewnie bardziej przeżyłem ten pucz, ponieważ pamiętam czas jeszcze sprzed dyktatury. Chile wybrało w demokratycznych wyborach w 1970 rząd socjalistyczny i próbowano zrealizować socjalistyczną rewolucję drogą demokratyczną. Była to jednak zmiana nagła, która zapoczątkowała łańcuch różnych wydarzeń prowokowanych przez prawicę, w tym wsparcie Stanów Zjednoczonych, trwała wtedy zimna wojna. Rząd Unidad Popular (Jedność Ludowa) nie miał większości, a wprowadzenie tak głębokich zmian jest bardzo trudne bez rządu większościowego. W momencie zamachu wiele ludzi było przeciwnych procesowi zmian ustrojowych, który próbowano wprowadzić. Sytuacja ekonomiczna kraju była bardzo chaotyczna. Trzeba było stać w kolejkach, brakowało jedzenia, rozrastał się czarny rynek, inflacja była niezwykle wysoka. Wtedy doszło do zamachu stanu przeprowadzonego przez generałów. Co ciekawe do tamtego czasu, w odróżnieniu od wielu krajów Ameryki Południowej, Chile miało dość solidną historię demokracji, mieliśmy republikę, która działała od 1823 roku.

Veronica: W momencie zamachu stanu, byłam u dziadka w domu i słuchaliśmy radia. Pamiętam do dziś, jak mówiono o bombardowaniu budynku rządu – la Moneda.

Roberto: Z mojego domu widać było dym…

Veronica: I że wyciągnęli Salvadora Allende, który popełnił samobójstwo. A potem pamiętam, że w trakcie dyktatury junty trzeba było wiele rzeczy ukrywać. Do mojego domu przychodziły magazyny, które musieliśmy nawet spalić, bo w każdym momencie mogli pojawić się wojskowi. Ludzie byli bardzo zastraszeni. To była bardzo ciężka dyktatura, ponieważ kontrolowano wszystko, media, książki…

Jak zakończyła się dyktatura Pinocheta?

Roberto: W latach 80. rozpoczął się proces wielu protestów, studiowałem wtedy na Uniwersytecie. Wiele manifestacji zaczęło się właśnie na uczelni, w pewnym momencie przybrały skalę masową, bo ludzie wyszli na ulice. Byli ranni i ofiary śmiertelne, wojskowi przyjeżdżali czołgami… Między rokiem ’73 i ’80 ludzie żyli w uśpieniu, protesty rozpoczęły się w 1982 roku, co zbiegło się z kryzysem ekonomicznym. Pierwsze lata dyktatury przyniosły ekonomiczny dobrobyt w porównaniu z czasem Jedności Ludowej, dlatego wielu ludzi nie zdawało sobie sprawy, co naprawdę działo się z krajem. Panowało pewne poczucie bezpieczeństwa, skoro wszystko było kontrolowane. Wszystkie domy były zarejestrowane przez wojskowych.
Ale w tym samym czasie wypędzano lub nawet mordowano wielu ludzi, w tym ojca Michel Bachelet (obecna prezydent Chile – red.), ona sama była torturowana. Wiele ludzi zniknęło… W pewnym momencie musiały zacząć się rozruchy. Duży impuls dała muzyka, niektórych grup trzeba było słuchać po kryjomu. Symbolem stał się Victor Jara, bard, poeta, muzyk, reżyser teatralny, pedagog, artysta kompletny, autor wielu rewolucyjnych utworów krytykujących ustrój i władzę. Został zabity na stadionie Estadio Chile, a jego ciało podziurawione 40 kulami wyrzucono na ulicę. Obecnie stadion nosi jego imię.

Jednak co ciekawe, poza wszelkimi okrucieństwami Pinocheta, poza wszystkimi ofiarami śmiertelnymi i torturowanymi opozycjonistami, poza tym wszystkim, co niezwykle tragiczne, to była jedna z niewielu dyktatur, które skończyły się dzięki referendum, które odbyło się w 1988 roku. Choć Pinochet był pewny, że wygra,  to przegrał i… zaakceptował wynik. Dzięki temu przeszliśmy na nowo do demokracji bez dodatkowego rozlewu krwi. Podobna historia do tej z Franco, choć on rządził 50 lat, a Pinochet „tylko” 17. Przed głosowaniem pozwolono na kampanię za „tak” lub „nie”, nawet w telewizji. W końcu można było zamanifestować swoje zdanie i wyjść na ulice, choć wciąż ze strachem.

Veronica: I jak wygrało „nie”… Ale było świętowanie! To było piękne! Aparaty reperkusji działały jeszcze przynajmniej rok, choć bardziej w ukryciu. Pinochet piastował urząd naczelnego dowódcy sił zbrojnych i możliwe, że mieszał się we wszystko lub manipulował przy władzy do czasu, aż całkowicie zrezygnował z przywództwa.

Roberto: Wiele ludzi wciąż go uwielbia, łącznie z moją mamą… Z pewnością miał charyzmę. W końcu trafił przed oblicze sądu, ale umarł zanim wydano wyroki. Większość jego głównych współpracowników siedzi w więzieniu. Dopiero niedawno skazano niektóre osoby odpowiedzialne za morderstwo Victora Jary. Tej sprawy nie umorzono.

A jak wygląda obecnie sytuacja polityczna w Chile?

Roberto: Kierunek, jaki obrała demokracja to kapitalizm, który zadziałał dość dobrze, ponieważ spowodował wzrost gospodarczy, choć kosztem dużych różnic w przychodach. W każdym razie kraj cały czas rozwija się ekonomicznie, mamy bezrobocie na poziomie 6-7%, bardzo zmniejszyło się ubóstwo. W tej chwili suma podatków, jakie pobiera kraj wynosi tyle, ile cały produkt narodowy brutto przed 20 laty. Także wzrost gospodarczy jest naprawdę znaczny.

A w kwestiach światopoglądowych? Czy Chile jest krajem konserwatywnym i religijnym?

Roberto: Chile wciąż jest krajem katolickim, choć jak mówimy tutaj, każdy jest katolikiem na swój sposób. Ludzie w większości są wierzący, organizuje się masowe procesje religijne, w corocznej pielgrzymce do Dziewicy Maryi z Santiago bierze udział milion osób! Z drugiej strony bardzo osłabło zaufanie do kościoła, przede wszystkim ze względu na przypadki pedofilii, dlatego autorytet kościoła jako instytucji, która wyznacza tendencje i wpływy polityczne czy kulturowe gubi się.

Veronica: Społeczeństwo się liberalizuje, wcześniej na przykład osoby homoseksualne spotykały się z całkowitym odrzuceniem, musiały pozostawać anonimowe, co zmienia się na korzyść. W tym sensie kraj staje się coraz bardziej otwarty. Choć wciąż bardzo wiele nam brakuje. Przed rokiem weszło nowe prawo przeciwko dyskryminacji, które ma związek z bardzo okrutnym morderstwem na młodym chłopaku, który był gejem.

Roberto: Tak, to była jakaś grupa neonazistów… Ta zbrodnia była straszna i wyniknęła z wciąż obecnej homofobii. Wciąż jesteśmy bardziej konserwatywni niż Europa, czasem brakuje też spójności między tym, co się mówi, a co robi.

Czy ludzie czują się Chilijczykami, a może usiłują odszukać swoje korzenie europejskie?

Roberto: Myślę, że większość ludzi, za wyjątkiem niektórych małych społeczności dzieci imigrantów hiszpańskich, arabskich czy niemieckich na południu kraju, którzy mają pewne podstawy kulturowe i związek ze swoimi krajami pochodzenia, czuje się Chilijczykami. Obecnie Chile, ze względu na globalizację, bardzo otworzyło się gospodarczo i społecznie , wszystko dociera do nas z zewnątrz, przede wszystkim w miastach pojawiają się coraz to nowe centra handlowe, McDonald’sy, jest moda na shopping (śmiech)… Ale z drugiej strony powoduje to reakcję w postaci zwrócenia się w kierunku rodziny, tradycyjnego ciasta z kukurydzy, futbolowej reprezentacji Chile, świąt i tańców narodowych. Próbujemy zidentyfikować się z kulturą lokalną, chociaż mamy znajomych na całym świecie, facebooka i WhatsAppa.

Veronica: Wiecie, że Chile jest krajem Ameryki Łacińskiej z największą liczbą telefonów komórkowych per capita, mamy około 2 telefony na osobę, to niewiarygodne! (śmiech) Wszyscy są permanentnie podłączeni do sieci, nawet tu, na Chiloé.

Czy to powoduje jakieś problemy w szkole?

Veronica: Niestety często tak. Myślałam, że tutaj dzieci będą o wiele mniej „zanieczyszczone” tą plagą, ale to nieprawda. Niezależnie od regionu w Chile na Boże Narodzenie lub na Dzień Dziecka daje się dzieciom komórki lub tablety… Wszystko w wersji „touch”, pokolenie „cyfrowo narodzonych”.

R1022811 R1022805

 

Leave a comment: